Muszę przyznać, że od dłuższego czasu nie byłam na żadnej konferencji i zdążyłam zapomnieć, jakie to miłe uczucie spotkać się w gronie ekspertów zrównoważonego rozwoju. Chodzi nie tylko o wymianę najlepszej wiedzy, ale też o wzajemne wzmacnianie morali w tej codziennej „walce” z systemem biznesowym, który, co nikogo nie zaskakuje, nastawiony jest przede wszystkim na budowanie kapitału.
Na co dzień mierzymy się z tym wyzwaniem zarówno wewnątrz firm, jak i z perspektywy doradców. Wciąż napotykamy przekonanie, że zrównoważony rozwój to nic innego jak wymóg regulacyjny – niekończące się inwestycje w dostosowanie biznesu do przepisów, strata czasu i pieniędzy. I wciąż od nowa tłumaczymy, że jest dokładnie odwrotnie. Każda firma się rozwija. Rozwijając się w sposób zrównoważony, budując odporność na zmiany klimatu, dostosowując się do trendów i do społeczeństwa, które coraz mocniej domaga się równości i włączenia (słusznie) – ostatecznie zyskuje: długofalowe oszczędności, odporność na wstrząsy geopolityczne, a także zdolność zatrzymania i przyciągnięcia kompetentnych ludzi. Wyszłam z konferencji z podniesioną głową i z nadzieją, że jest nas więcej i że wszyscy wierzymy w to samo: że zrównoważony rozwój jest po prostu optymalnym rozwojem biznesu w długiej perspektywie.
Już na samym początku Anna Gorączka przedstawiła nowy program Forum Odpowiedzialnego Biznesu, Nexus, oparty na wsparciu ekspertów w biznesie poprzez tworzenie partnerstw wymiany wiedzy między firmami. Nie jest zaskoczeniem, że jedne organizacje mają już rozbudowane podejście do zrównoważonego rozwoju, a inne dopiero wchodzą na tę ścieżkę, i to właśnie dla tej drugiej grupy program może okazać się ogromnym wsparciem. To dla mnie takie małe światełko: choć każdy gra do własnej bramki wyników biznesowych, my jako eksperci, gramy do jednej, wspólnej bramki zrównoważonego rozwoju jako jedna drużyna.
W tym roku wątkiem, który przewijał się przez właściwie każde wystąpienie na Targach Idei ESG, była sztuczna inteligencja. Nie pojawiła się jednak sama – tuż obok niej wracały cyberbezpieczeństwo i inkluzywność. Zacznę od tej ostatniej, bo poruszyła mnie najbardziej osobiście. Byłam pod ogromnym wrażeniem dwóch tłumaczek języka migowego, które przez cały dzień przekładały każde wystąpienie. Przyłapałam się, że obserwuję je częściej niż samych prelegentów i wydaje mi się, że udało mi się podpatrzeć, jak w migowym pokazuje się słowa „człowiek” i „prawo”. Drobiazg, a został ze mną na dłużej wraz z myślą o wyzwaniach, z którymi sama się nie mierzę i pytaniem, czy mogę w czymś pomóc innym i czy ktokolwiek w ogóle by tego chciał.
Jedna z prelegentek, Daria Uljanicka, zwróciła uwagę, że jako społeczeństwo zostaliśmy wyćwiczeni, żeby nie patrzeć na osoby z niepełnosprawnościami. I tu mnie ukłuło, bo natychmiast rozpoznałam w tym siebie. Na ulicy odwracam wzrok i wmawiam sobie, że robię to z delikatności, żeby moje spojrzenie nie zostało odebrane jako taksujące czy oceniające. Tyle że od pozostałych przechodniów wzroku nie odwracam. Tym, z którymi przypadkiem zetknę się oczami, posyłam swój odruchowy, niezręczny uśmiech. Wychodzi więc na to, że prowadzę cichą selekcję – racjonuję własną niezręczność i grzecznościowo decyduję, kto zasługuje na porcję mojego społecznego zażenowania, a kogo z niej taktownie wykluczam. A przecież każda napotkana osoba ma do tej chwili niezręczności dokładnie takie samo prawo. Być może prelegentka mówiła o czymś zupełnie innym, lecz to jedno zdanie skierowało mnie nie w stronę biznesu, a w stronę samej siebie, czego po konferencji branżowej się nie spodziewałam i za co jestem jej wdzięczna.
Cyberbezpieczeństwo wróciło natomiast jako naturalny cień AI: im szybciej rozwija się sztuczna inteligencja, tym bardziej rozrasta się obszar, który trzeba chronić, bo wraz z nią przybywa zupełnie nowych wektorów ataku. Jest to ryzyko, którego „popularność” niewątpliwie wzrasta i należałoby je uwzględniać w analizach odporności organizacji.
I tak dochodzimy do bohatera tegorocznej konferencji. Dla większości z nas jest już oczywiste, że AI stanie się nieodłączną częścią naszego życia – nie tylko przez to, jak sami z niej korzystamy, ale też przez wszystko, co nas otacza, a na co nie będziemy mieli wpływu. I nie jest to scenariusz na przyszłość, a jest już rzeczywistością.
Paneliści nie owijali w bawełnę, wyliczając ryzyka związane z rozwojem AI: ataki hakerskie, rosnące zużycie energii przez centra danych, ogromne ilości wody potrzebnej do chłodzenia serwerów, wykorzystanie surowców krytycznych, a nawet rosnący popyt na miedź. Być może pewnego dnia, licząc ślad węglowy produktu, będziemy doliczać do niego również ten ślad środowiskowy sztucznej inteligencji, która coraz mocniej wrasta w naszą bieżącą działalność operacyjną, stając się wręcz nowym paradygmatem wzrostu efektywności.
Najbardziej zapadło mi jednak w pamięć zwieńczenie wystąpienia dr Ewy Jastrzębskiej, która, podsumowując temat AI, odwołała się do pierwszej w historii encykliki poświęconej sztucznej inteligencji i cyfryzacji „Magnifica humanitas”. I właśnie wtedy wybrzmiało to, czego do tej pory żaden z mówców nie nazwał wprost: że obok zużycia wody i energii istnieje jeszcze jedno, mniej oczywiste zagrożenie – utrata człowieczeństwa. Ryzyko, że oddając maszynom coraz więcej decyzji, działania i myślenia, po cichu gubimy to, co czyni nas ludźmi. Nie jest to oczywiście wielkie odkrycie. Każdy z nas zdążył już pewnie zauważyć, jak kusząco łatwo sięgnąć po pomoc AI. Rzecz w tym, by przy tej łatwości nie zapomnieć o własnych zasobach i traktować sztuczną inteligencję jako narzędzie, a nie protezę myślenia.